Zima 2012-2013 była długa i niezbyt ciekawa dla wędkarzy. Ja osobiście na tzw. podlodówkę wybieram się rzadko i to dopiero w tedy gdy jestem pewien, że lud jest na tyle gruby i niema ryzyka załamania się pod nogami. I nastąpił ten dzień 23.02.2013r nie wytrzymałem dłużej stwierdziłem, że jedziemy na ,,Warchoły” zobaczymy co się dzieje. Zajechałem nad łowisko no i co. Wędkarzy nie widać, pomyślałem sobota pora obiadowa pewnie dlatego. Mówię do syna wejdziemy na lód to zobaczymy czy są dziury i w ogóle czy coś się na nim działo. Na wszelki wypadek wzięliśmy ze sobą wędki i siedzenia. Po wejściu na lód zobaczyliśmy kilka otworów wcześniej wywierconych. Trzeba będzie je wykorzystać pomyślałem więc do dzieła każdy przy swojej zaczyna kombinować. Na lodzie widać rozsypana zanętę więc dobrze bo my nie mamy. Przyjechaliśmy na rekonesans ale jak coś weźmie to będzie miło. Zaczynamy ustawiać grunt mormyszka w otwór i jazda w dół , popuszczam żyłkę i popuszczam no stanęła nareszcie. Wyciągam sprawdzę jaka głębokość no jest około 7m. Założyłem ochotkę i z powrotem do wody. Wędkujemy ruszam wędką raz w górę to w dól niżej wyżej no i nic, zmieniam głębokość z dna nic z wieszaka nic . A Adam ma już pierwszego okonia gratulacje czyli coś powinno brać. Czekam dalej i próbuję, coś mi zaczyna uginać końcówkę. Zacinam no i jest płoć jakieś 18-20 cm. Jest nadzieja na brania. Po pewnym czasie zmienialiśmy miejsca wędkowania złowiliśmy jeszcze płoć i okonia i po około 2,5 – 3 godzinach stwierdziłem, że wystarczy zabawy. Była to nasza pierwsza i ostatnia wyprawa tej zimy. Pozdrawiam wszystkich kolegów.